wtorek, 1 października 2013

ATAK NIEDŹWIEDZIA

Wróciłam z zasłużonego odpoczynku w górach, oczywiście nie obyło się bez kontuzji kolanowej i tym razem. Schodząc ze szlaku co raz wolniej, bo ból dawał się we znaki usłyszałam nagle z doliny obok mnie głośny wrzask. Wcale nie brzmiało to jak mucząca krowa, ale jak coś co ma ogromne zęby, jest duże i chce mnie na pewno zjeść. Zaczęłam się zastanawiać, co to może być i czy mi się przesłyszało, ale wrzask się powtórzył i to jeszcze donośniej i jakby bliżej. Nie miałam wątpliwości, że to niedźwiedź, chociaż miałam nadzieję że już śpią o tej porze roku. Może i jestem rodzajem misia, ale tylko misia! I od kurczaka wolę jednak marchewkę. Przy trzecim wrzasku, ból kolanowy jakby się trochę zmniejszył (moje pojękiwanie też, które miało zwracać uwagę turystów na moją niedolę) i stwierdziłam, że muszę czym prędzej znaleźć się w schronisku. Zwinęłam się więc w kłębek, jak na Bubka przystało i potoczyłam się z głośnym łoskotem w dół, poodbijałam się po drodze o kilka osób, a potem wturlałam się w końcu z trzaskiem (rozwalając drzwi swoim brzuszkiem) do wnętrza schroniska. Tam zwróciłam uwagę gości swoim przerażającym mamrotaniem "To był niedźwiedź, na pewno niedźwiedź!", ale tylko jeden chłopiec (żeby nie powiedzieć bachor!) spojrzał na mnie, zajmując całą ławkę swoim wielkim brzuchem (większym niż mój swoją drogą) i powiedział profesorskim tonem, mlaszcząc przy tym głośno i zajadając się całą paczką tofifi: "Niedźwiedź? Niedźwiedzie nie zaatakują, należy być przyjaźnie do nich nastawionych, a wtedy i one będą przyjaźnie się zachowywać.". Pomyślałam, że absolutnie nie jestem rodzajem niedźwiedzia, tylko misia, a właściwie Bubka Marudnika, dlatego przemądrzały smarkacz znalazł się dziwnym trafem na dworze i to dosyć szybko, widząc jakie złe mogą być Bubki Marudniki, groźniejsze nawet od głodnych niedźwiedzi, kiedy ktoś się odzywa niepytany, szczególnie kiedy ma się zaledwie 5 lat.

A potem zjadłam naleśniki. Z serem. Tak na pocieszenie.

Pozdrawiam Marudzących,
Bubek Marudnik